Symphonica, czyli kilka słów o tym, jak Antisocial się odchamia.

Kraków miastem przygód - tego chyba nie trzeba wyjaśniać, szerzej tłumaczyć. Jeszcze ze mną w roli głównej to już bomba! Od kilku tygodni przeżywałam niczym mrówka okres fakt, iż wybierałam się na niesamowite i w ogóle jedyne w swoim rodzaju wydarzenie - koncert. Ale jaki! Nie byle jaki, to na pewno. Chodziło o Symphonikę, czyli multimedialne widowisko, gdzie muzyka Metalliki czy Guns N' Roses wykonywana była przez orkiestrę symfoniczną. Cóż za show! Ale to ja może zacznę od początku. 
Wydarzenie to miało miejsce w niedzielę; ze względu na świąteczny charakter tego dnia, miałam masę wolnego czasu na przemyślenia w stylu: co by tutaj dzisiaj założyć. Oczywiście nawet kreacje zaprojektowane przez samego Karla Lagerfelda nie sprostałyby moim oczekiwaniom, ponieważ skoro wychodzę raz na ruski rok, to i outfit musi być niezwykły. Co tu dużo mówić - spodziewałam się znaleźć w mojej szafie coś z lekką nutką elegancji, ale bez przesady, z uwagi na rockowy charakter przedsięwzięcia. Ubiór musiał odzwierciedlać moją oryginalną osobowość, ale zarazem nie powinien był wybiegać zbyt daleko od tłumu. Po krótkim przeglądzie doszłam do wniosku, że oczywiście w mojej szafie nie znajduje się nic godnego pokazania światu; w końcu w sweterku w reniferki to na konczerto symfoniczne ciężko się wybrać, a i trampeczki w kropeczki to nie najlepszy pomysł. W końcu mój wzrok padł na sukienkę - jedną jedyną, która zachowała się, ponieważ nie zapakowałam jej w wakacje z powrotem ze mną do Hiszpanii. 
Po wielu przymiarkach i godzinnym przeglądaniu się w lustrze stwierdziłam, że ewentualnie i ostatecznie może być. Od tych bardzo wyczerpujących przemyśleń na temat ubioru zrobiłam się głodna, a gotowanie w domu w moim wykonaniu to nie był najlepszy pomysł, wybrałam się więc na miasto na wyżerę. Jak to ja, zawsze wybiegająca myślą w przyszłość, postanowiłam zamówić kurczaka zapiekanego w serze z sosem czosnkowym. A co się będę szczypać, niedziela była, to na bogato! Oczywiście nie powiązałam tego sosu czosnkowego z czekającym mnie wydarzeniem oraz - co za tym idzie - faktem, iż będzie tam więcej osób, a nie tylko ja. 
Powoli wróciłam do domu, posiedziałam chwilę, odbębniłam codzienną dawkę tzw. nicnierobingu i zaczęłam przygotowania do wyjścia. Oczywiście nie byłoby to w moim stylu, gdybym nie przesiedziała przed lustrem pięciuset godzin. W końcu ja się szykowałam co najmniej na galę wręczenia Oscarów, więc chyba rozumiecie całą sprawę. Zakręcony włosek, tutaj oczka maźnięte kreską; nawet usta skąpałam w blasku nowego błyszczyka! No, nieskromnie się chwaląc, wyglądałam jak milion dolarów. Tak czuję, że jakby mnie jaki paparazzo wtedy przyłapał, to moje zdjęcie wylądowałoby na okładce magazynu People i zostałabym okrzyknięta totalnie najładniejszą laską ever. Bez kitu. 
Nie kadząc sobie bardziej, będę kontynuować opowieść. Jako że byłam pod wpływem filmików obejrzanych kilka godzin wcześniej, pięć minut przed wyjściem stwierdziłam, że chyba mój ubiór nie jest do końca w porządku i w sumie mam jeszcze kupę czasu, żeby go zmienić. To zaczęło się latanie po mieszkaniu jak kot z pęcherzem w poszukiwaniu nowego outfitu. Po zadziwiająco krótkiej chwili ukazałam się światu ja - piękna, pachnąca i drżąca z podniecenia Antisocial. 
Słuchajcie, co tam się działo. Ogólnie na miejsce przybyłam przed czasem, co rzadko kiedy mi się zdarza. Koncert miał miejsce w Auditorium Maximum, gdzie prawie na co dzień mam zajęcia, ale czymże by był mój dzień, jeśli bym się nie zgubiła! Oczywiście jeśli mam napisane na bilecie PARTER, to nie idę na parter, tylko wspinam się na drugie piętro. Heja! Ale to nie wszystko. Kiedy w końcu znalazłam się na odpowiednim miejscu, po chwili dosiadł się koło mnie taki pewien człowiek. 
Dziwny człowiek. 
Ej, mieliście kiedyś coś takiego, że jak spojrzeliście na drugiego człowieka, to po prostu wiedzieliście, że ta osoba jest dziwna
Ja coś takiego przeżyłam właśnie w tamtym momencie. 
Słuchajcie, niewiarygodna persona. Po pierwsze, szanowny pan przyszedł w zszarganej bluzie i lekko znoszonych jeansach. Wiecie, ja się tu zastanawiam czy założyć suknię i futro, a ten najwyraźniej takich dylematów nie miał. Po drugie, jak on się niestosownie zachowywał! Jezusie Chrystusie, szok. Prawie w ogóle nie klaskał! Dacie wiarę? A jak już zaklaskał, to był taki w tej czynności oszczędny, jakby przynajmniej się tym przyczyniał do ciężkiego zanieczyszczenia środowiska. Oczywiście Antisocial się to bardzo nie spodobało, co wiązało się z wdrożeniem w życie poważnych sankcji dla tego człowieka. Uzbrojona we wcześniej nabyty czosnkowy oddech, postanowiłam co rusz torturować go bronią chemiczną własnej roboty. Żebyście widzieli jego zdziwioną minę, kiedy od czasu do czasu był zmuszony utopić się w tej lekko smrodlawej chmurze, która przypływała do niego z bliżej nieokreślonego kierunku! Był równie zdezorientowany jak mała sarenka na środku puszczy. 
No, jak zwykle rozgadałam się nie o tym co trzeba. Kilka słów o całym przedsięwzięciu - koncert był mega; płakałam na Nothing else matters, darłam japę na Sweet child o' mine, tupałam do rytmu na Enter sandman. Niestety, muszę tutaj skarcić Kraków za jeden fakt, a mianowicie, że publika była zwyczajnie chujowa. Wybaczcie to określenie, ale było mi tak wstyd za tych ludzi, że aż mi do tej pory słów brakuje. Przez całe konczerto ludzie siedzieli i nawet zachęcani przez wokalistów nie próbowali się ruszyć! Żenua, ludzie, żenua. No, ale na dwie ostatnie piosenki zrobiło się trochę żwawiej. 
Dzień nie byłby dniem, a wieczór wieczorem, jeśli jeszcze na pożegnanie nie spotkałoby mnie coś mega przemiłego. Zmierzam uśmiechnięta w kierunku przystanku na Bagateli, a tam co? Moja kochana Czwórka mówi mi ariwederczi, bonwuajaż, hasta luego. No i czekaj tu, człowieku, dwadzieścia minut na kolejny tramwaj.

Ale czymże by było to życie bez Czwórki. 


Złodziejem jestem.

Mamy wtorek. Wtorasek. Wtorunio. Głupi wtoras. 
Ostatnio przytrafiają mi się same dziwne rzeczy. Mówią, że w Krakowie to niby sami mili ludzie mieszkają, ale ja zaczynam mocno w to powątpiewać! Otóż wczoraj miałam (nie)przyjemność kogoś spotkać. Całe wydarzenie widziane z dzisiejszej perspektywy może wydawać się lekko komiczne, ale wczoraj...! To ci dopiero było. 
Wchodzę sobie, jak taki zwyczajny, porządny obywatel, do banku, aby wypłacić pieniądze. No, powiecie, rzecz zwyczajna, jakoś nic specjalnego się nie powinno wydarzyć. Jak zapewne wiecie, a jeśli nie, to właśnie się dowiecie, bardzo lubię zwracać na siebie uwagę. Taka moja figlarna cecha, o. Oczywiście nie spodziewałam się sztucznych ogni i szampana na moje powitanie w banku, nawet nie myślałam o grającej muzyce na wejściu, co ma miejsce w wrestlingu - nie. Nic takiego nie przeszło mi przez łepetynę. Mimo to, doczekałam się niezwykłego powitania. Bardzo... oryginalnego wręcz! No, na pewno się tego nie spodziewałam. Cóż, przechodzę do sedna. 
Aby otworzyć drzwi, wskoczyłam radośnie na stopień, który znajdował się przed wejściem. Chwilę szarpałam się z mosiężnymi wrotami do prawie piekieł, zwracając na siebie uwagę połowy przechodniów - ale to pikuś, u mnie to na porządku dziennym. W końcu udało mi się przedostać do środka. Przede mną stała przy bankomacie pewna pani, na którą na początku nie zwróciłam zbytniej uwagi. Ale w ciągu kilku sekund, które minęły odkąd weszłam, do momentu, kiedy wypowiedziała pierwsze zdanie, przez moją głowę przewinęły się setki myśli; głównie coś w stylu: "Czego ten babsztyl się tam tak szamocze, co ona chce ten bankomat wynieść, czy co.". Przyrzekam, że jej język ciała coś takiego zdradzał! Przyjęła taką przykurczoną pozę, i coś tam szeptała do siebie pod nosem. Niemniej jednak, nie miałam okazji długo zastanawiać się nad ludzkim losem, gdyż z jej ust wydobyły się kolejne, tym razem bardzo wyraźne słowa: 

"Na co się gapisz, ty głupia ku*wo? Wypier...


Tymi słowami cisnęła w mą wybitną osobę! I to jeszcze w banku! W tak szanownie szanowanej instytucji! Dacie wiarę? Ja tu sobie stoję kulturalnie, jestem przykładną obywatelką, a tu mi takiego świrowania przypada słuchać. Po raz pierwszy od dawna zostałam mocno zbita z tropu. Jako że nie wiedziałam, czy przypadkiem zaraz nie dojdzie do rękoczynów, zaczęłam przypominać sobie wszystkie tajne triki z Podręcznika Małego Karateki. Ale jeśli myśleliście, że to wszystko co powiedziała, to się grubo mylicie! I zaczyna się, że złodziejem jestem, że jak ją będę chciała pobić, to mi się dostanie, bo ona w ciąży jest, a jak ona mnie pobije, to policja i tak nic nie zrobi, bo ona ma męża policjanta i możemy jej wszyscy naskoczyć. Bardziej wstrząśnięta i zmieszana być nie mogłam. Po chwili, kiedy skończyła machlować przy bankomacie, odeszła w kąt. Kiedy zobaczyła, że się nie ruszam, ale bacznie obserwuję każdy jej ruch, dodała równie kulturalnie co przedtem: "No i co tak, kur..., stoisz jak słup? Idźże wypłacić te pieniądze.". NO JASNE, JUŻ LECĘ, może ci je jeszcze oddam? Ale taka odważna to ja byłam tylko w głowie, bo praktycznie to posłusznie wykonałam jej polecenie. Na swoją obronę dodam, że cały czas się jej przyglądałam i miałam przygotowane śmiercionośne ataki! 

Gdyby tego było mało, dzisiaj znów przypadło mi jechać kultową czwórką (tramwajem nr 4). Niby nic, prawie codziennie mam okazję skorzystać z tego zacnego przywileju, ale nie z takim skutkiem. Jako że rano zawsze jest tam ścisk i rozpacz, kiedy na przystanku zobaczyłam, że w drugim wagonie jest akurat miejsce na jedną osobę, uradowałam się niezmiernie. Oczywiście poranny amok nie pozwolił mi dłużej skupić się na tej kwestii - wolne miejsce (stojące) w czwórce o ósmej rano jest na wagę złota, więc jeśli jest, to coś jest nie halo. Ale wskoczyłam do środka w podskokach niczym młoda sarenka i szybciutko złapałam się poręczy. 
Oczywiście kilka minut później już było mi dane przekonać się, dlaczego to miejsce było wolne. 
Przede mną stał pan. Jako że stał tyłem, to nie skumałam, że coś ewentualnie może się z nim nie zgadzać. Nie zdążyłam nawet być w połowie drogi na kolejny przystanek, a przyszedł on - silny, zadziorny, momentami ostry, próbował na siłę wyryć się w ludzkiej pamięci. 
On. Wielki smród
Ludzie, jak Boga kocham, w życiu nie poczułam czegoś podobnego. Uderzyło mnie to mocniej niż prawy sierpowy mojego senseja, powaga. No, szok normalnie. Od tego pana czuć było tak mocno taki totalnie niemiły zapach, że aż się miało ochotę dziurę pazurami w suficie tramwaju wydrapać i wyskoczyć na szyny. Nigdy nie miałam okazji spotkać się z czymś podobnym, ale mam wrażenie, że jakbym miała w zasięgu nosa takie noszone przez miesiąc bez przerwy brudne majtki, to one właśnie taki zapach by wydzielały. I jeszcze ta ptasia kupa na ramieniu. Od tego odoru miałam już halucynacje i momentami odnosiłam wrażenie, że ta kupa do mnie macha. Ale czym ten pan mnie najbardziej znokautował, to i tak nie były żadne zapachy, ale... jego mina. No, serce się człowiekowi krajało (już nie do końca wiadomo czy z litości nad nim, czy nad swoim smrodlawym losem), bo twarz tak smutną miał, jakby się zaraz miał rozpłakać. W dodatku wysiadł dopiero na pierdyliardowym przystanku, przez co stan mojego zmysłu węchu został poważnie naruszony i totalnie zmienił mi się światopogląd. 

Już nigdy tramwaj nr 4 nie będzie dla mnie pachniał tak samo. 

Wieczorne przemyślenia i podniety, czyli o tym, jak zdążyłam pięć razy zmienić kierunek studiów.

Witajcie kochani! Jak tam wasze samopoczucie? Ja czuję się wręcz genialnie! Jesienny zapach uniwersytetu już dokładnie przeniknął moje ciało, podobnie jak pot towarzyszy z tramwaju nr 4 w Krakowie, który oczywiście uwielbia się spóźniać albo w ogóle nie przyjeżdżać! Ale co tam, o tramwaju nr 4 może innym razem.
Piszę teraz i w godzinach mocno wieczornych, aby podzielić się z wami sprawą, która wręcz rozsadza mnie od środka. 
Tak! Po raz kolejny Antisocial napaliła się jak szczerbaty na suchara. Ale to porównanie jest tak boleśnie prawdziwe, że... zresztą, sami się zaraz przekonacie, o co chodzi.
Może na początek powiem tylko, że nie przesadzam. Wiecie, czasami mam takie skłonności, że jak sobie coś wymyślę, to nic tylko się pochlastać. Otóż nie; tym razem mamy do czynienia z jak najbardziej realnym i totalnie na poziomie marzeniem, a mianowicie, studiowanie prawa międzynarodowego
Prawda, że brzmi niewinnie? No, ja też tak sądzę. A jaki cel szczytny! To znaczy, mam zamiar w przyszłości bronić praw człowieka i ogólnie wykłócać się na arenie międzynarodowej. Wręcz wymarzona praca dla mnie. Wszystko fajnie, pięknie ustalone. Jest cel! Jednak pragnę wyodrębnić tutaj taki mały, wręcz wielkości ziarenka piasku szczegół, czyli fakt, że ja już jedne studia podjęłam. Jeszcze się jeden rok akademicki dobrze nie zaczął, a ta już się rozbisurmaniła i chce kierunek zmieniać!, powiecie. Ale - tym razem - nie będziecie mieli racji. Bo zmieniać go w sumie nie będę. 
No dobra, czyli ogólnie gitez majonez, bo mam cel i wogle. Teraz przechodzę do wyszukiwania uczelni, na której mogłabym spełniać moje marzenia - już nie zapaśnicze, nie o byciu gwiazdą rocka ani - prawdopodobnie - o byciu sympatycznym (!) dyktatorem. Święcie przekonana, że znajdę coś pod ręką, ba!, że nawet na tej samej uczelni, z uśmiechem daję się porwać fali internetowej i zaczynam buszować w głębinach tego świata. I co odkrywam? Gónwo. No właśnie, nic. Otóż okazuje się, że w Polsce nie można studiować prawa międzynarodowego! Dacie wiarę? 
No nie, tak nie może być! Co to ma znaczyć, że Polska to jakaś dziura, gdzie nie mogę spełnić moich marzeń. To po co ja tu przyjeżdżałam, ja się pytam? No. 

Ale nie szkodzi, ja szukam dalej. Tym razem obieram inny kierunek: Wielka Brytania. Oczywiście, znalazłam tam to, co mnie interesuje, ale za jedyne 6000 funtów rocznie. Phi! To za mało jak na moją kieszeń. Przepraszam - ta cena mnie nawet o-bra-zi-ła. 

Zniesmaczona, udaję się w kolejną internetową podróż. Tym razem wybieram inne miejsce, oddalone o rzut beretem wręcz od mojego aktualnego miejsca pobytu, a mianowicie, USA (na pewno dostałabym się tam szybciej samolotem niż w piątek autobusem do Katowic). Naturalnie, tutaj wachlarz możliwości jest wręcz nieskończony. Ale droga Antisocial znacznie zawęża krąg poszukiwań, koncentrując się na jej wybujałych ambicjach. Tak oto pierwszą propozycją, która została szybciutko wklepana w Google była uczelnia NYU School Of Law. Po kilkunastu minutach, w końcu znalazłam to, czego szukałam, czyli koszt. No, tutaj oferta była już nieco bardziej na poziomie, czyli niecałe 30.000 dolarów za rok. Kiedy zobaczyłam te liczby, na początku nie mogłam uwierzyć; miałam wątpliwości, czy to może zera chcą zrobić mi psikusa i namnożyły się w celu zatańczenia samby, czy też może ja jednak dobrze widzę i widnieje przede mną cena w wysokości trzydziestu tysięcy dolarów. Niestety, nikt nie zatańczył samby. 

Ale nie szkodzi, nie ma co się poddawać, jedziemy dalej. Kolejną pozycją na liście było Harvard Law School. A co się będę szczypać, nie? No, kiedy zobaczyłam cenę, to faktycznie musiałam się uszczypnąć - tam już nie było srania w banię z trzydziestoma tysiącami dolców, o nie! Podobnie jak ja, Harvard również mierzy wysoko - 52.000 dol. Supcio. 

Ale i tak najlepsza była New York Law School. Kiedy powoli zaczynałam czuć, że moje marzenia zostają zdeptane, ale z minimalną nadzieją, że ta szkoła będzie tańsza od Harvardu, automatycznie już skierowałam się ku kosztom. Czekała na mnie tam dosyć okrąglutka, świetnie wyliczona i rozrysowana suma - 60.000 dolarów. W tym momencie uroniłam łzę. 

Dzień ten był smutny dla świata Antisocial. Kiedy już miałam ogłaszać moją własną żałobę narodową, stwierdziłam, że jeszcze raz przetrzepię Internet w poszukiwaniu takowych studiów, ale w Polsce. Wydawało mi się wręcz niemożliwe, żeby nie było szansy zrobienia takiej kariery na starych śmieciach. Lekko zdeprymowana, ociężałymi od depresji palcami, wbiłam to, co ostatecznie mnie interesowało. A tam - kaboom! Jest. Jeden wynik, ale jest. Prawo międzynarodowe i europejskie na Uniwersytecie Wrocławskim, oczywiście w języku angielskim. 

Radości i szaleństwu nie było końca! Biedna moja współlokatorka, która całemu spektaklowi przyglądać się musiała ze swojego łóżka. Cena za wymarzony kierunek? 2000 euro. Rocznie, ma się rozumieć. We współpracy z moim super eleganckim, profesjonalnym kalkulatorem, wyliczyłam, że jeżeli będę odkładać przez pięć lat po 100 euro co miesiąc, to mi się uda zarobić. No, albo wyjdę bogato za mąż.

Ech, czy wy w ogóle wiecie, jakie życie ze mną jest trudne? Jak nie kariera zapaśnicza, to zaś studia na Harvardzie. Moje otoczenie często narzeka, że nie da się ze mną wytrzymać. A co mam ja powiedzieć? Ja ze sobą siedzę przez cały czas! I nawet jak z pokoju wyjdę, to pójdę za mną, więc nie ma jak uciec, kurde. 

Nigdy więcej podróży samolotem.

Umówmy się, że latanie samolotem nie należy do najprzyjemniejszych doświadczeń. To nie tak, że mam na tym punkcie jakąś obsesję; nie należę do osób, które podczas wsiadania do tej metalowej klatki zagłady zachowują się jak dzikie zwierzęta, którym obiera się wolność. Powiedziałabym nawet, że na początku to było całkiem fascynujące przeżycie - wszystkim dookoła opowiadałam, jakie to świetne uczucie, kiedy podczas startu ciało praktycznie stapia się z fotelem na skutek prędkości, jakiej nabiera samolot. Ba, wielokrotnie przekomarzałam się z babcią, że ładniejszych widoków niż te, które można podziwiać z samolotowej kabiny, w żadnym miejscu się nie dostanie (pod warunkiem, że nie ma chmur, naturalnie). Jednak po kilku podróżach, szczególnie w niewielkich odstępach czasowych, człowiek może być nieco... niespokojny. Znerwicowany wręcz. Szczególnie, jeśli na kilka dni przed jednym wylotem rozbijają się malezyjskie samoloty lub ktoś je po prostu strąca. O, albo jakiś wulkan ma ochotę sobie trochę popierdzieć, żeby setki lotów były odwołane. Oczywiście nie zwracając za to pieniędzy, bo to taki źle wychowany wulkan.

Read more »

Antisocial globtroterka.

Po raz kolejny zmuszona jestem zdmuchnąć tą natarczywą, kurzową pierzynkę, która zdążyła już zadomowić się na moim blogu, i w końcu zabrać się do pisania. Ostatnie tygodnie były bardzo wyczerpujące. Ktoś tam kiedyś napomknął, że wakacje pomaturalne są niezwykle długie i zarazem przyjemne: w końcu można złapać oddech po roku gonitwy za dobrymi wynikami i miesiącami modlitw o zdaną maturę. Niestety, w moim przypadku jak zwykle musiało być inaczej - przecież los byłby chory, gdyby mi żywotu nie utrudnił.
Po pierwsze, wspomnę, że dostałam się na Uniwersytet Jagielloński. Moja babcia skwitowała to krótkim: "Pf, masz więcej szczęścia jak rozumu". Dzięki. 
Po drugie, dowiedziałam się o tym w dniu, kiedy jechałam do Hiszpanii. Dokładniej wtedy, kiedy wróciłam z lotniska do domu. A tu tylko dwa dni na doniesienie dokumentów! Oto jak łatwo stracić 200 euro. 
Ogólnie to całe przedsięwzięcie wiązało się z trzema podróżami do Polski w ciągu miesiąca. Podobno studia miały być darmowe... a na razie wyszły mnie prawie tyle, co rok studiowania w Hiszpanii. Ja im kwitek wystawię. 
W dodatku trzy ostatnie loty były opóźnione. No jak to tak! Oni jeszcze nie wiedzą, z kim mają do czynienia. Przyszłą panią prezydent wiozą i taki brak szacunku! 
Dobra, tyle na teraz, bo mi jest ciepło i palce jakoś nie chcą tańczyć swobodnie po klawiaturze. 

Wiem, dużo narzekam. I już kupiłam maść na ból dupy.